"Fashion Victim" Corrie Jackson



Oceniacie czasami książkę po okładce?
Błagam, nawet nie zaprzeczajcie. Wyśmiałabym Was w twarz. Taka jest chyba po prostu ludzka natura - w naszym umyśle zakorzeniają się pewne schematy, stereotypy i wpływają na postrzeganie świata. Nie skończyłam psychologii, żeby móc Wam to tłumaczyć. Myślę, jednak, że każdy się tu ze mną zgodzi.
Ja na przykład dostałam ostatnio od wydawnictwa książkę "Fashion Victim". Z reguły nie czytam thrillerów, kryminałów, tym bardziej kiedy w moim mniemaniu zapowiadają się na coś bardzo kiepskiego. "Zbrodnia w świecie mody" - w moim umyśle prezentowało się to jak połączenie metalu z popem. Raczej kiepskie rozwiązanie.
O, ja nieświadoma.

Wtopiłam się w ten thriller całą sobą. Czytałam go wszędzie - autobus, tramwaj, przerwa w pracy, ostatnie minuty przed snem i pierwsze po przebudzeniu. Nie mam ostatnio zbyt wielu czasu, więc wykorzystywałam każdą chwilę. Było warto - bardzo dawno nie czytałam tak wciągającej książki. Bardzo często można się spotkać z tym, że budowanie akcji, charakterystyki postaci wymaga chwil, w których fabuła zwalnia - występują dłuższe opisy, brakuje dialogów i buzujących emocji. W "Fashion Victim" się z tym nie spotkałam. Stale coś się dzieje - dużo bohaterów, dużo wydarzeń, a mimo to fabuła nie była płytka. Nie straciła też na tym główna bohaterka - to właśnie te wszystkie wydarzenia przedstawiły jej charakter.
No, a o czym jest ta książka? Opowiada o Sophie Kent - zawziętej dziennikarce śledczej. Praca nie tylko sprawia jej satysfakcję, ale pozwala odciąć się od osobistych problemów, co czasami powoduje niebezpieczne koligacje. W pewnym momencie ginie jedna z informatorek Sophie - początkująca modelka, która próbowała jej przekazać ważną informację. Dziennikarka z całą zaciętością stara się rozwikłać zagadkę jej śmierci, która staje się coraz bardziej skomplikowana i dostarcza nam wielu emocji.
Mogę szczerze polecić Wam tę książkę. Nie tylko wielbicielom thrillerów, ale także tym, którzy unikają takich książek - ja należę do tej grupy, a mimo to czytanie tej książki było dla mnie czystą przyjemnością.

Zygmunt Miłoszewski, Jak Zawsze


Jest kilka typów książek. Te dobre dzielę na takie, których fabuła pochłania mnie bez reszty oraz na książki-lustra, czyli te, których odbiór zależy od naszych subiektywnych odczuć. Najnowszą książkę Miłoszewskiego zdecydowanie należy zaliczyć do drugiej kategorii.
Autor pół żartem, pół serio przedstawia historię małżeństwa z długoletnim stażem, która otrzymuje szansę przeżycia swojego romansu na nowo. Grażyna i Ludwik cofają się 50 lat wstecz do dnia kiedy się poznali a ich losy splotły się na kolejne dekady. Jednak rzeczywistość, która ich otacza to nie Warszawa z czasów PRL-u, którą zapamiętali, a zupełnie nowe dla nich miejsce.
Sama historia od razu przywołała w mojej głowie pytania co zrobiłabym na ich miejscu. Czy mając okazję zmieniłabym swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni, czy raczej obrałabym znaną, utartą drogę? Myślę, że nie sposób podejść do niej inaczej, chyba że jest się akurat szczęściarzem, który nie żałuje żadnej decyzji w swoim życiu.
Niestety na początku byłam bardzo zawiedziona, bo książka nie wciągała mnie fabularnie. Oddawałam honor autorowi za bardzo dobry styl i ciekawy pomysł, ale przez połowę lektury, byłam zmęczona wolnym tempem wydarzeń. Przyspiesza ono jednak w drugiej połowie i wtedy zaczyna się dopiero robić ciekawie. Zaskoczyła mnie ilość wątków politycznych zawartych w fabule. Nie spodziewałam się takiego pogłębienia miejsca i czasu wydarzeń. Od razu widać, że autorowi nie obca jest historia Polski oraz Warszawy. Jeśli zastanawiacie się kim na przykład mógłby być Gierek w alternatywnej rzeczywistości Polski lat 60, warto skonfrontować to z wizją Miłoszewskiego. Cała książka napisana jest w przyjemnie dramatyczno-komediowym stylu, dzięki czemu nabiera ciekawej ekspresji, lekko nudna z początku fabuła jest ożywiona, a bohaterowie są mówiąc trywialnie – swojscy.
Niewątpliwie autor wykonał kawał dobrej roboty i nie brakuje mu wyobraźni oraz stylu. Zdecydowanie poleciłabym ją również przeczytać, aby wraz z Grażyną i Ludwikiem przeżyć niesamowitą historię, a przy okazji zastanowić się nad własnymi decyzjami z przeszłości. Bez względu na to czy wolisz literaturę prostą i przystępną czy raczej bardziej rozbudowaną.

Jedynym minusem było zakończenie książki, ponieważ książka nie prowadzi do wielkiego rozwiązania akcji, czego oczekiwałam, a raczej zmusza czytelnika do wyciągnięcia z niej morału, który dla każdego najprawdopodobniej będzie inny. Ale może właśnie w tym tkwi jej piękno?

Spektrum. Leonidy, Nanna Foss



Leonidy to pierwsza część serii ‘’Spektrum’’. Książka z pogranicza Young adult i science fiction, która już teraz może pochwalić się dużą ilością pozytywnych recenzji. Nastoletnia Emilia rysuje chłopaka ze swojego snu, który już następnego dnia zjawia się w jej szkole. Wkrótce po tym wokół niej zaczynają dziać się bardzo dziwne i niewytłumaczalne rzeczy. Za sprawą małego przedmiotu życie Emilii i jej przyjaciół ulega całkowitej zmianie.
Postacie to typowi nastolatkowie borykający się z problemami okresu dojrzewania, których spotkała niesamowita historia. Oczywiście jak przystało na Young adult styl tekstu jest prosty, tak aby był przystępny dla każdego. Wyjątkowo nie uważam tego za wadę, bo przecież o to tutaj chodzi. Lektura ma być i jest lekka, szybka i przyjemna. To co ją wyróżnia to otoczka science fiction, która ożywia fabułę, ciekawi i intryguje. 
Pierwszy aspekt książki, który mnie zainteresował był dość banalny, była to mianowicie okładka. Myślę, że warto jednak o niej wspomnieć, bo może się ona złożyć na sukces Nanny Foss. W końcu zawsze ciągnie nas do ładnych rzeczy. Przyznam szczerze, że przekonana doświadczeniem nie spodziewałam się po "Leonidach’’ zbyt wiele i sądziłam, że będzie to kolejna płaska historia w ładnej oprawie. Jakie więc było moje zaskoczenie, kiedy wciągnęłam się w fabułę książki i pochłaniałam po 100 stron jednego dnia. Okazało się, że autorka dobrze przemyślała akcję i sprawnie manipulowała jej przebiegiem, aby jak najbardziej skupić uwagę czytelnika. Nie ma obawy, że odbiorca zacznie się nudzić przy tej lekturze - nudzić się, czytając tę książkę, zwyczajnie się nie da. Powodem jest tutaj jej dynamiczność  i ilość nowych informacji, które wraz z bohaterami poznajemy w każdym rozdziale. 
Ale żeby nie było tak kolorowo mam również kilka uwag do autorki.  Mianowicie mam pewien zarzut w stronę tłumaczki tekstu, którą jest Bogusława Sochańska. Pozostawiła ona w treści zbyt wiele angielskich zwrotów. Można je odnaleźć w połowie dialogów, co wywołuje efekt nienaturalności i wytrąca czytelnika ze skupienia. Rozumiem, że była to próba stylizacji tekstu na język nastolatków oraz, że ma to pewne podstawy w historii bohaterów, ale ich ilość jest  dość przytłaczająca. Kolejnym moim małym zarzutem w stronę książki jest to, że momentami pojawiało się też trochę niepotrzebnego rozwodzenia się nad mało istotnymi sprawami, co w połączeniu z wolnym wprowadzeniem czytelnika do książki, dało skutek w postaci tak opasłego tomu.  Ale poza tym piątka z plusem!
Pierwsza część "Spektrum" pozostawia w czytelniku wiele pytań bez odpowiedzi, więc jestem przekonana, że kolejna część również będzie wielkim wydawniczym hitem.

Czasami kłamię, Alice Fenney



Czasami bardzo trudno jest podzielić się opinią o książce jednocześnie jej nie spojlerując. Dokładnie tego rodzaju problem mam z tą książką.
Zafascynowało mnie w niej wszystko - począwszy od tytułu, przez okładkę, zarys fabuły, jak i samo opakowanie, w którym dostałam książkę od wydawnictwa. Wszystko to sprawiło, że liczyłam na thriller na wysokim poziomie, mocno wciągającą fabułę i zaskakujące zwroty akcji. Wiecie co jest w tym jednak najgorsze? Nie potrafię ocenić czy książka spełniła te oczekiwania.

Amber Reynolds jest w śpiączce po wypadku samochodowym. Odwiedza ją w tym czasie sporo osób - słyszy wszystkie rozmowy, ale nie jest w stanie w żaden sposób na nie zareagować ze względu na swój stan. Próbuje natomiast wynieść z zasłyszanych rozmów jak najwięcej wiadomości. Nie pamięta wielu rzeczy sprzed wypadku i na podstawie takich szczątkowych informacji stara się przypomnieć sobie, co się w jej życiu wydarzyło i dlaczego jest w tym miejscu i w takim stanie. Cała historia jest opowiadana w trzech różnych czasach. Pierwsza perspektywa to właśnie ta szpitalna, druga to przywoływane stopniowo wspomnienia, natomiast trzecia to dzieciństwo Amber. Każda z nich jest bardzo ważna i ma znaczący wpływ na bieg wydarzeń.

Pora jednak sobie odpowiedzieć na kilka pytań, które pozwolą mi uporządkować chaotyczne myśli po lekturze.

Czy "Czasami kłamię" wciąga?

Wciąga. Bardzo przyjemnie czytało mi się tę książkę i chętnie do niej wracałam. Wciąż jednak martwi mnie to, czy taki stan rzeczy nie był spowodowany bardzo prostym stylem autorki. Książki pisane nieskomplikowanie przyciągają więcej czytelników, ponieważ nie wymagają dużego zaangażowania. Czasami autorzy thrillerów tworzą zbyt wiele wątków, co skutkuje tym, że czytelnik nie potrafi się odnaleźć w fabule. Natomiast Alice Fenney stworzyła prostą historię, która łączy kilka wątków, a dzięki temu, że jest przyjemnie pisana - może trafić do znacznie większej ilości odbiorców.

Czy jest to książka pełna tajemnic i grozy?

Trudno to jednoznacznie określić, bo przez większą część książki nie odczuwa się potęgi grozy , która daje o sobie znać wraz z finałem książki. Kiedy wątki zaczynają się łączyć w spójną całość - można się naprawdę zszokować.

Czy jest dobrym thrillerem? 

Pytanie, co tak na prawdę jest wyznacznikiem dobrej thrillera? Jeżeli dobry thriller charakteryzuje się tym, że nie sposób odgadnąć kolejnych kroków fabularnych, a ostateczny zwrot akcji wbija w fotel - to jest to bardzo dobry thriller.

Czy polecam tę książkę? 

Tak, "Czasami kłamię" to dobra pozycja. Bywa irytująca i ma pewne niedociągnięcia, ale w ogólnym rozrachunku czytało mi się ją bardzo przyjemnie. Książka idealna na jesienne wieczory przy herbacie z imbirem - nuta dreszczyku i zaskoczenia, przy lekkim piórze autorki to idealne połączenie.

Mroczne zakamarki, Kara Thomas


Kto z nas nie lubi odkrywać tajemnic? Zajrzeć za kurtynę i zobaczyć kto rzeczywiście pociąga za sznurki? Ja bardzo, więc ‘’Mroczne zakamarki’’ Kary Thomas wzbudziły moje zainteresowanie. Książka miała być mroczna, pełna niewiadomych. Miała wcisnąć mnie w fotel do czasu aż nie odkryję prawdy. Może rzeczywiście miałam zbyt duże oczekiwania, niemniej podeszłam do niej bardzo entuzjastycznie.
Główna bohaterka - Tessa zjawia się po latach w rodzinnym miasteczku, aby pożegnać się z umierającym ojcem. Miejsce to przypomina jej jednak cały czas o demonach przeszłości. Jako dziecko wraz z przyjaciółką były świadkami okrutnej zbrodni. Dzięki ich zeznaniom znaleziono winnego i skazano go na karę śmierci. Tessa nie jest jednak pewna czy nie przyczyniły się do aresztowania niewinnego człowieka za sprawą niewielkiego kłamstwa. Próbując znaleźć odpowiedź na to i inne dręczące ją pytania, okrywa, że niewielkie Fayette skrywa wiele tajemnic.
Bohaterka jest skrajnie irytującą postacią z zaburzeniami poczucia własnej wartości, przez co wielokrotnie nie można jej zrozumieć. W pewnych momentach ma się wręcz ochotę potrząsnąć nią i zapytać ‘”ale o co Ci chodzi?’’. Poza tym, że jest niepewna siebie, a jej psychika nie opowiada jej wiekowi, ma też problem z proszeniem ludzi o przysługi. A przynajmniej tak utrzymuje autorka przestawiając nam postać. Jednak czytając ma się wrażenie, że nie o końca to przemyślała. Bohaterka wstydzi się zapytać czy może skorzystać z komputera w domu przyjaciółki, jednak nie ma problemu z pożyczaniem jej karty bibliotecznej lub z poproszeniem nowo poznanej osoby o naprawę roweru.
W całej książce znaleźć można zalewie kilka przekonujących rysów psychologicznych postaci. Postępowanie reszty jest często nielogiczne lub niezgodne z osobowością. Jest to jednak książka wpasowująca się w ramy young adult, a bohaterowie są młodzi, więc być może jest to zabieg celowy, aby dotrzeć do nastoletniego odbiorcy.
Tym co najbardziej irytuje podczas czytania jest fakt, że Thomas cały czas przekonuje nas, że ma w zanadrzu kolejną ukrytą tajemnicę. Ma, ale nie powie. Całe napięcie książki zbudowane jest na przemilczeniach i okrywanych zupełnie ‘’przypadkowo’’ wskazówkach. Gdy tylko akcja książki zwalnia a bohaterka nie ma pomysłu jak szukać odpowiedzi na swoje pytania, niespodziewanie dowiaduje się czegoś nowego. W takich momentach ma się wrażenie, że autorka sama nie wiedziała co jej postać mogłaby zrobić, wobec czego posunęła jej gotową wskazówkę. Sam proces odkrywania kolejnych tajemnic jest bardzo mozolny i niestety nieurozmaicony zwrotami akcji lub nowymi postaciami. Sprawia to, że po przeczytaniu książki ma się wrażenie przebrnięcia przez niesamowicie długą historię mimo, że książka ma jedynie 400 stron.
Książka nabiera z kolei bardzo szybkiego tempa na końcu. Nagle zaczyna dziać się wiele rzeczy na raz zupełnie bez przyczyny. Oczywiście seria tych zdarzeń prowadzi do rozwiązania wszelkich zagadek

Kara Thomas wpadła na pomysł napisania dobrej i przemyślanej historii, jednak problemy pojawiły się w kwestii jej wykonania. Fabuła jest ciekawa i w większości wciągająca, chociaż stylowo autorka musi popracować jeszcze nad warsztatem. Jest to zdecydowanie dobra pozycja dla młodszego odbiorcy, jednak trochę zbyt infantylna dla nieco bardziej wymagających czytelników.

Zawód : powieściopisarz, Haruki Murakami



Mam coś takiego w sobie, że lubię czytać niestandardowo. Dlatego zamiast najpierw zapoznać się z twórczością autora wolę poczytać o tym co uważa na własny temat, na temat swojej twórczości i ogólnie o samym procesie pisania. Z tego względu nie przeczytałam żadnej powieści Katarzyny Bondy, ale przeczytałam za to jej poradnik pisarski. Dokładnie tak samo zrobiłam z Harukim Murakami. Ma na to spory wpływ fakt, że bardzo (ale to bardzo) nie lubię czytać bestsellerów. Jeżeli ktoś mi poleci książkę - automatycznie nabieram do niej dużego zniechęcenia. Zniechęcenie jest tym większe, gdy książka jest promowana na wszelkie możliwe sposoby wszędzie, gdzie tylko spojrzę. Nie wiem czemu tak mam, ale właśnie z tego względu wciąż nie poznałam twórczości Kinga, Collen Hover, nie przeczytałam (ani nie obejrzałam) Władcy Pierścienia, nie wiem o czym jest Niezgodna ani Igrzyska Śmierci. Może wiele przez to tracę, ale większą przyjemność czerpię z odnajdywania jakichś miłych niespodzianek w postaci książek, które niepozornie wyglądają zza półki i okazują się strzałem w dziesiątkę.
Lubię natomiast pisać i chętnie czytam o tym, jak inni podchodzą do tej czynności. Często mnie to inspiruje albo daje jakiegoś kopa do działania. Nie muszę lubić lub znać twórczości tej osoby. Skoro wiem, że inni ją czytają - to znaczy, że musi mieć w sobie coś na tyle wyjątkowego, że odniosła sukces. Nie muszę jej naśladować, ale warto poznać jej podejście do pracy. Na pewno ma w sobie wiele ambicji i zawziętości, a tego zawsze warto się uczyć od innych. Kiedyś na pewno przeczytam jakąś powieść Murakamiego. Może to będzie zestaw opowiadań, który recenzowała na blogu moja ciocia? A może tak popularny Norwegian Wood? Zobaczymy.
Teraz natomiast pochyliłam się nad zbiorem esejów. Czego oczekiwałam? Blurb dał mi do zrozumienia, że przeczytam sporo o życiu powieściopisarza. O tym, co robi na co dzień, jak się piął na szczyt i o tym, co uważa na temat literatury. W pewnym sensie tak jest. Chociaż, żeby nie wprowadzać kolejnych czytelników w błąd - jest to dość nikła część książki. Murakami stara się zaspokoić ciekawość czytelników, ale takie informacje przeplatają się raczej pomiędzy mądrymi, ważnymi esejami na różne ciekawe tematy. Murakami pisze na przykład o literaturze, ale nie pochyla się wyłącznie nad swoimi książkami. Można powiedzieć nawet, że jego twórczość ma tutaj drugoplanową rolę. Autor pisze esej, który opowiada o literaturze w sposób bardzo holistyczny, a żeby osiągnąć taki efekt nie może skupiać się na sobie. Dlatego przypomina różne anegdotki o słynnych pisarzach, zwraca uwaga na ich sposoby pisania i analizując ich pracę, efekty - wyciąga konkretne wnioski. To, co bardzo mi się spodobało to, fakt że Haruki zauważa ludzką indywidualność. Nie pisze "my", "my pisarze" - jeśli wyraża zdanie albo zdradza sekret swojej twórczości to zwraca uwagę na fakt, że tak robi on, a co robią inni to już zupełnie inna sprawa. Haruki opowiada również o sobie mówiąc o oryginalności tworzenia, edukacji w Japonii, sporcie (genialny tekst!), o nagrodach literackich i tolerancji. Sprawy ogólne służą mu do tego, by opowiedzieć trochę o sobie.
Haruki Murakami to strasznie skromny gość. Przy tym wszystkim ta skromność, jest tak zdrowa i niewymuszona, że strasznie go polubiłam. Brakowało mi tej skromności w Maszynie do pisania Bondy. Warto zwrócić uwagę, że mimo wszystko Haruki nie traci pewności siebie i zadziorności. Jest skromny, ale jednocześnie świadomy wartości siebie i własnej twórczości. Połączenie jest idealne.
Książkę czytało mi się bardzo miło i bardzo swobodnie, towarzyszyła mi zarówno w łóżku, jak i w tramwaju. Jest pisana tak lekko, że czytanie jej było po prostu przyjemnością. Na pewno więcej wyciągną z niej fani Murakamiego - dla nich bez wątpienia będzie to fascynująca lektura. Dla mnie była po prostu przyjemna. Jeżeli natomiast chce się ktoś dowiedzieć trochę więcej o pisaniu i zainspirować do tworzenia to bardziej polecam poradnik Bondy. Można tam spotkać znacznie więcej fachowych porad. Nie można ukrywać, że Zawód : powieściopisarz to zestaw luźnych przemyśleć, które w żadnym stopniu nie mają nikogo nakierować na jakąkolwiek drogę. Mają za zadanie przedstawić tylko świat postrzegany przez japońskiego artystę.

Skaza, Cecelia Ahern


Ludzie nie lubią, gdy przykleja im się etykiety. Niekiedy sami, poprzez swoje zachowania, wizerunek, pracę, ją sobie przylepiają, a potem nieco poirytowani ją zrywają. Nie wiem czy Cecelia Ahern była zirytowana przypisywaniem jej jedynie do lekkich romansideł czy zwyczajnie była znudzona. Może chciała się sprawdzić w czymś innym. Odcinając się od "Love, Rosie", "PS: Kocham Cię" i " "Pamiętnika z przyszłości" Cecelia poszła w kierunku zupełnie nowego gatunku literackiego, a dokładniej : dystopii.

Książka opowiada o przygodach siedemnastoletniej Celestine, która stała się ikoną walki z bezwzględnym systemem. Rewolucja, którą wywołała dąży do zniesienia obecnej władzy. Celestine została przez władze napiętnowana Skazą przez co jej przywileje i prawa są mocno ograniczone. Razem ze swoim przyjacielem Carrickiem zaczyna dążyć do przywrócenia normalności, równości.

Zdawałoby się, że książka będzie się głównie kręcić wokół polityki. Jednak właśnie ten wątek wydaje mi się uproszczony i nie wykorzystany. Cecelia chciała przedstawić bardzo zły system.
Rzeczywiście, jest to zauważalne, ale nie na tyle, żeby czytelnik był zszokowany, wzdrygał się na myśli o tym jak wiele zła on wyrządza. Większe wrażenie dałaby delikatnie mocniejsza gra na emocjach czytelnika. Nie zawsze bycie zachowawczym popłaca. Tym bardziej podczas próby z nowym, o wiele bardziej wymagającym gatunkiem prozy. Warto zauważyć powiązania pomiędzy nową książką Cecelii, a modnymi w ostatnim czasie książkami. Podobieństwa można znaleźć zarówno na płaszczyźnie gatunku, jak i nawiązań do fabuły. W związku z tym myślę, że książka mogłaby się spodobać fanom "Więźnia labiryntu", "Niezgodnej", chociaż te są zdecydowanie bardziej rozbudowane.
Naleciałością z poprzednich książek Ahern jest mocno skupienie się na emocjach. Obrywa się przez to fabule w której mogłoby się dziać trochę więcej. Styl autorki jest niezmienny, wciąż pisze lekko i swobodnie. Do książki chce się wracać, bo jest prosta i wciągająca. To, według mnie, jest jej największym sukcesem. Książka nie jest oczywista czy przewidywalna. Bohaterka mogłaby być troszkę mniej infantylna, ale jest to w pełni zrozumiałe, ze względu na jej wiek. Zdaje mi się, że właśnie do rówieśniczek głównej bohaterki najlepiej trafiłaby ta pozycja. "Skaza" jest przyjemna i jest typem niezobowiązującej lektury na trudne wieczory. Pod tym względem, mogę podpisać się pod nią rękoma i nogami - z serducha polecam.

Mimo, że Cecelia próbowała zerwać ze swoim wizerunkiem, to mi wciąż kojarzy się z ciepłą, wrażliwą blondyneczką. Przy tym, absolutnie, nie uważam, żeby było to coś złego. Udowodniła, że jest w stanie odnaleźć się obu gatunkach, przy czym bardziej pasuje do poprzedniego. Ten nowy jest zdecydowanie trudniejszy, bardziej wymagający. Jeśli chciałaby przy nim pozostać to wciąż jeszcze dużo pracy przed nią.




Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu