Czasami kłamię, Alice Fenney



Czasami bardzo trudno jest podzielić się opinią o książce jednocześnie jej nie spojlerując. Dokładnie tego rodzaju problem mam z tą książką.
Zafascynowało mnie w niej wszystko - począwszy od tytułu, przez okładkę, zarys fabuły, jak i samo opakowanie, w którym dostałam książkę od wydawnictwa. Wszystko to sprawiło, że liczyłam na thriller na wysokim poziomie, mocno wciągającą fabułę i zaskakujące zwroty akcji. Wiecie co jest w tym jednak najgorsze? Nie potrafię ocenić czy książka spełniła te oczekiwania.

Amber Reynolds jest w śpiączce po wypadku samochodowym. Odwiedza ją w tym czasie sporo osób - słyszy wszystkie rozmowy, ale nie jest w stanie w żaden sposób na nie zareagować ze względu na swój stan. Próbuje natomiast wynieść z zasłyszanych rozmów jak najwięcej wiadomości. Nie pamięta wielu rzeczy sprzed wypadku i na podstawie takich szczątkowych informacji stara się przypomnieć sobie, co się w jej życiu wydarzyło i dlaczego jest w tym miejscu i w takim stanie. Cała historia jest opowiadana w trzech różnych czasach. Pierwsza perspektywa to właśnie ta szpitalna, druga to przywoływane stopniowo wspomnienia, natomiast trzecia to dzieciństwo Amber. Każda z nich jest bardzo ważna i ma znaczący wpływ na bieg wydarzeń.

Pora jednak sobie odpowiedzieć na kilka pytań, które pozwolą mi uporządkować chaotyczne myśli po lekturze.

Czy "Czasami kłamię" wciąga?

Wciąga. Bardzo przyjemnie czytało mi się tę książkę i chętnie do niej wracałam. Wciąż jednak martwi mnie to, czy taki stan rzeczy nie był spowodowany bardzo prostym stylem autorki. Książki pisane nieskomplikowanie przyciągają więcej czytelników, ponieważ nie wymagają dużego zaangażowania. Czasami autorzy thrillerów tworzą zbyt wiele wątków, co skutkuje tym, że czytelnik nie potrafi się odnaleźć w fabule. Natomiast Alice Fenney stworzyła prostą historię, która łączy kilka wątków, a dzięki temu, że jest przyjemnie pisana - może trafić do znacznie większej ilości odbiorców.

Czy jest to książka pełna tajemnic i grozy?

Trudno to jednoznacznie określić, bo przez większą część książki nie odczuwa się potęgi grozy , która daje o sobie znać wraz z finałem książki. Kiedy wątki zaczynają się łączyć w spójną całość - można się naprawdę zszokować.

Czy jest dobrym thrillerem? 

Pytanie, co tak na prawdę jest wyznacznikiem dobrej thrillera? Jeżeli dobry thriller charakteryzuje się tym, że nie sposób odgadnąć kolejnych kroków fabularnych, a ostateczny zwrot akcji wbija w fotel - to jest to bardzo dobry thriller.

Czy polecam tę książkę? 

Tak, "Czasami kłamię" to dobra pozycja. Bywa irytująca i ma pewne niedociągnięcia, ale w ogólnym rozrachunku czytało mi się ją bardzo przyjemnie. Książka idealna na jesienne wieczory przy herbacie z imbirem - nuta dreszczyku i zaskoczenia, przy lekkim piórze autorki to idealne połączenie.

Mroczne zakamarki, Kara Thomas


Kto z nas nie lubi odkrywać tajemnic? Zajrzeć za kurtynę i zobaczyć kto rzeczywiście pociąga za sznurki? Ja bardzo, więc ‘’Mroczne zakamarki’’ Kary Thomas wzbudziły moje zainteresowanie. Książka miała być mroczna, pełna niewiadomych. Miała wcisnąć mnie w fotel do czasu aż nie odkryję prawdy. Może rzeczywiście miałam zbyt duże oczekiwania, niemniej podeszłam do niej bardzo entuzjastycznie.
Główna bohaterka - Tessa zjawia się po latach w rodzinnym miasteczku, aby pożegnać się z umierającym ojcem. Miejsce to przypomina jej jednak cały czas o demonach przeszłości. Jako dziecko wraz z przyjaciółką były świadkami okrutnej zbrodni. Dzięki ich zeznaniom znaleziono winnego i skazano go na karę śmierci. Tessa nie jest jednak pewna czy nie przyczyniły się do aresztowania niewinnego człowieka za sprawą niewielkiego kłamstwa. Próbując znaleźć odpowiedź na to i inne dręczące ją pytania, okrywa, że niewielkie Fayette skrywa wiele tajemnic.
Bohaterka jest skrajnie irytującą postacią z zaburzeniami poczucia własnej wartości, przez co wielokrotnie nie można jej zrozumieć. W pewnych momentach ma się wręcz ochotę potrząsnąć nią i zapytać ‘”ale o co Ci chodzi?’’. Poza tym, że jest niepewna siebie, a jej psychika nie opowiada jej wiekowi, ma też problem z proszeniem ludzi o przysługi. A przynajmniej tak utrzymuje autorka przestawiając nam postać. Jednak czytając ma się wrażenie, że nie o końca to przemyślała. Bohaterka wstydzi się zapytać czy może skorzystać z komputera w domu przyjaciółki, jednak nie ma problemu z pożyczaniem jej karty bibliotecznej lub z poproszeniem nowo poznanej osoby o naprawę roweru.
W całej książce znaleźć można zalewie kilka przekonujących rysów psychologicznych postaci. Postępowanie reszty jest często nielogiczne lub niezgodne z osobowością. Jest to jednak książka wpasowująca się w ramy young adult, a bohaterowie są młodzi, więc być może jest to zabieg celowy, aby dotrzeć do nastoletniego odbiorcy.
Tym co najbardziej irytuje podczas czytania jest fakt, że Thomas cały czas przekonuje nas, że ma w zanadrzu kolejną ukrytą tajemnicę. Ma, ale nie powie. Całe napięcie książki zbudowane jest na przemilczeniach i okrywanych zupełnie ‘’przypadkowo’’ wskazówkach. Gdy tylko akcja książki zwalnia a bohaterka nie ma pomysłu jak szukać odpowiedzi na swoje pytania, niespodziewanie dowiaduje się czegoś nowego. W takich momentach ma się wrażenie, że autorka sama nie wiedziała co jej postać mogłaby zrobić, wobec czego posunęła jej gotową wskazówkę. Sam proces odkrywania kolejnych tajemnic jest bardzo mozolny i niestety nieurozmaicony zwrotami akcji lub nowymi postaciami. Sprawia to, że po przeczytaniu książki ma się wrażenie przebrnięcia przez niesamowicie długą historię mimo, że książka ma jedynie 400 stron.
Książka nabiera z kolei bardzo szybkiego tempa na końcu. Nagle zaczyna dziać się wiele rzeczy na raz zupełnie bez przyczyny. Oczywiście seria tych zdarzeń prowadzi do rozwiązania wszelkich zagadek

Kara Thomas wpadła na pomysł napisania dobrej i przemyślanej historii, jednak problemy pojawiły się w kwestii jej wykonania. Fabuła jest ciekawa i w większości wciągająca, chociaż stylowo autorka musi popracować jeszcze nad warsztatem. Jest to zdecydowanie dobra pozycja dla młodszego odbiorcy, jednak trochę zbyt infantylna dla nieco bardziej wymagających czytelników.

Zawód : powieściopisarz, Haruki Murakami



Mam coś takiego w sobie, że lubię czytać niestandardowo. Dlatego zamiast najpierw zapoznać się z twórczością autora wolę poczytać o tym co uważa na własny temat, na temat swojej twórczości i ogólnie o samym procesie pisania. Z tego względu nie przeczytałam żadnej powieści Katarzyny Bondy, ale przeczytałam za to jej poradnik pisarski. Dokładnie tak samo zrobiłam z Harukim Murakami. Ma na to spory wpływ fakt, że bardzo (ale to bardzo) nie lubię czytać bestsellerów. Jeżeli ktoś mi poleci książkę - automatycznie nabieram do niej dużego zniechęcenia. Zniechęcenie jest tym większe, gdy książka jest promowana na wszelkie możliwe sposoby wszędzie, gdzie tylko spojrzę. Nie wiem czemu tak mam, ale właśnie z tego względu wciąż nie poznałam twórczości Kinga, Collen Hover, nie przeczytałam (ani nie obejrzałam) Władcy Pierścienia, nie wiem o czym jest Niezgodna ani Igrzyska Śmierci. Może wiele przez to tracę, ale większą przyjemność czerpię z odnajdywania jakichś miłych niespodzianek w postaci książek, które niepozornie wyglądają zza półki i okazują się strzałem w dziesiątkę.
Lubię natomiast pisać i chętnie czytam o tym, jak inni podchodzą do tej czynności. Często mnie to inspiruje albo daje jakiegoś kopa do działania. Nie muszę lubić lub znać twórczości tej osoby. Skoro wiem, że inni ją czytają - to znaczy, że musi mieć w sobie coś na tyle wyjątkowego, że odniosła sukces. Nie muszę jej naśladować, ale warto poznać jej podejście do pracy. Na pewno ma w sobie wiele ambicji i zawziętości, a tego zawsze warto się uczyć od innych. Kiedyś na pewno przeczytam jakąś powieść Murakamiego. Może to będzie zestaw opowiadań, który recenzowała na blogu moja ciocia? A może tak popularny Norwegian Wood? Zobaczymy.
Teraz natomiast pochyliłam się nad zbiorem esejów. Czego oczekiwałam? Blurb dał mi do zrozumienia, że przeczytam sporo o życiu powieściopisarza. O tym, co robi na co dzień, jak się piął na szczyt i o tym, co uważa na temat literatury. W pewnym sensie tak jest. Chociaż, żeby nie wprowadzać kolejnych czytelników w błąd - jest to dość nikła część książki. Murakami stara się zaspokoić ciekawość czytelników, ale takie informacje przeplatają się raczej pomiędzy mądrymi, ważnymi esejami na różne ciekawe tematy. Murakami pisze na przykład o literaturze, ale nie pochyla się wyłącznie nad swoimi książkami. Można powiedzieć nawet, że jego twórczość ma tutaj drugoplanową rolę. Autor pisze esej, który opowiada o literaturze w sposób bardzo holistyczny, a żeby osiągnąć taki efekt nie może skupiać się na sobie. Dlatego przypomina różne anegdotki o słynnych pisarzach, zwraca uwaga na ich sposoby pisania i analizując ich pracę, efekty - wyciąga konkretne wnioski. To, co bardzo mi się spodobało to, fakt że Haruki zauważa ludzką indywidualność. Nie pisze "my", "my pisarze" - jeśli wyraża zdanie albo zdradza sekret swojej twórczości to zwraca uwagę na fakt, że tak robi on, a co robią inni to już zupełnie inna sprawa. Haruki opowiada również o sobie mówiąc o oryginalności tworzenia, edukacji w Japonii, sporcie (genialny tekst!), o nagrodach literackich i tolerancji. Sprawy ogólne służą mu do tego, by opowiedzieć trochę o sobie.
Haruki Murakami to strasznie skromny gość. Przy tym wszystkim ta skromność, jest tak zdrowa i niewymuszona, że strasznie go polubiłam. Brakowało mi tej skromności w Maszynie do pisania Bondy. Warto zwrócić uwagę, że mimo wszystko Haruki nie traci pewności siebie i zadziorności. Jest skromny, ale jednocześnie świadomy wartości siebie i własnej twórczości. Połączenie jest idealne.
Książkę czytało mi się bardzo miło i bardzo swobodnie, towarzyszyła mi zarówno w łóżku, jak i w tramwaju. Jest pisana tak lekko, że czytanie jej było po prostu przyjemnością. Na pewno więcej wyciągną z niej fani Murakamiego - dla nich bez wątpienia będzie to fascynująca lektura. Dla mnie była po prostu przyjemna. Jeżeli natomiast chce się ktoś dowiedzieć trochę więcej o pisaniu i zainspirować do tworzenia to bardziej polecam poradnik Bondy. Można tam spotkać znacznie więcej fachowych porad. Nie można ukrywać, że Zawód : powieściopisarz to zestaw luźnych przemyśleć, które w żadnym stopniu nie mają nikogo nakierować na jakąkolwiek drogę. Mają za zadanie przedstawić tylko świat postrzegany przez japońskiego artystę.

Skaza, Cecelia Ahern


Ludzie nie lubią, gdy przykleja im się etykiety. Niekiedy sami, poprzez swoje zachowania, wizerunek, pracę, ją sobie przylepiają, a potem nieco poirytowani ją zrywają. Nie wiem czy Cecelia Ahern była zirytowana przypisywaniem jej jedynie do lekkich romansideł czy zwyczajnie była znudzona. Może chciała się sprawdzić w czymś innym. Odcinając się od "Love, Rosie", "PS: Kocham Cię" i " "Pamiętnika z przyszłości" Cecelia poszła w kierunku zupełnie nowego gatunku literackiego, a dokładniej : dystopii.

Książka opowiada o przygodach siedemnastoletniej Celestine, która stała się ikoną walki z bezwzględnym systemem. Rewolucja, którą wywołała dąży do zniesienia obecnej władzy. Celestine została przez władze napiętnowana Skazą przez co jej przywileje i prawa są mocno ograniczone. Razem ze swoim przyjacielem Carrickiem zaczyna dążyć do przywrócenia normalności, równości.

Zdawałoby się, że książka będzie się głównie kręcić wokół polityki. Jednak właśnie ten wątek wydaje mi się uproszczony i nie wykorzystany. Cecelia chciała przedstawić bardzo zły system.
Rzeczywiście, jest to zauważalne, ale nie na tyle, żeby czytelnik był zszokowany, wzdrygał się na myśli o tym jak wiele zła on wyrządza. Większe wrażenie dałaby delikatnie mocniejsza gra na emocjach czytelnika. Nie zawsze bycie zachowawczym popłaca. Tym bardziej podczas próby z nowym, o wiele bardziej wymagającym gatunkiem prozy. Warto zauważyć powiązania pomiędzy nową książką Cecelii, a modnymi w ostatnim czasie książkami. Podobieństwa można znaleźć zarówno na płaszczyźnie gatunku, jak i nawiązań do fabuły. W związku z tym myślę, że książka mogłaby się spodobać fanom "Więźnia labiryntu", "Niezgodnej", chociaż te są zdecydowanie bardziej rozbudowane.
Naleciałością z poprzednich książek Ahern jest mocno skupienie się na emocjach. Obrywa się przez to fabule w której mogłoby się dziać trochę więcej. Styl autorki jest niezmienny, wciąż pisze lekko i swobodnie. Do książki chce się wracać, bo jest prosta i wciągająca. To, według mnie, jest jej największym sukcesem. Książka nie jest oczywista czy przewidywalna. Bohaterka mogłaby być troszkę mniej infantylna, ale jest to w pełni zrozumiałe, ze względu na jej wiek. Zdaje mi się, że właśnie do rówieśniczek głównej bohaterki najlepiej trafiłaby ta pozycja. "Skaza" jest przyjemna i jest typem niezobowiązującej lektury na trudne wieczory. Pod tym względem, mogę podpisać się pod nią rękoma i nogami - z serducha polecam.

Mimo, że Cecelia próbowała zerwać ze swoim wizerunkiem, to mi wciąż kojarzy się z ciepłą, wrażliwą blondyneczką. Przy tym, absolutnie, nie uważam, żeby było to coś złego. Udowodniła, że jest w stanie odnaleźć się obu gatunkach, przy czym bardziej pasuje do poprzedniego. Ten nowy jest zdecydowanie trudniejszy, bardziej wymagający. Jeśli chciałaby przy nim pozostać to wciąż jeszcze dużo pracy przed nią.




Lampiony, Katarzyna Bonda


O Bondzie jest głośno. Głośno na tyle, że każdy kto chociaż w jakimś małym stopniu siedzi w temacie polskiej literatury - wie kim ona jest. Właściwie, to nawet nie musi. Wystarczy, że ogląda śniadaniówki albo ma internet i dogłębnie scrolluje facebooka. 
Katarzyna Bonda udziela tylu wywiadów i ma tak dobrze opracowaną promocję książek, że jeszcze zanim zapoznałam się z jej twórczością wiedziałam wszystko o tym jak tworzy, o czym tworzy i dlaczego to jest takie wyjątkowe. A jak przebiegła konfrontacja z oryginałem?

Na pierwszy ogień poszła najnowsza powieść - "Lampiony". To trzecia część serii o profilerce Saszy Załuskiej. Sasza została wysłana w delegację do Łodzi, by tam ustalić kto jest sprawcą zagadkowych podpaleń. Miesza się w to również podejrzenie o stacjonowanie w tym mieście oddziału ISIS, który szkoli zawodowych zamachowców. Tłem całej historii jest właśnie Łódź, która wbrew pozorom zamiast unosić się z wdziękiem na powierzchni, zapada się w coraz głębsze bagno przestępstw.. 
I tu się zaczynają schody przez które przejść było mi bardzo ciężko. Sam pomysł był w miarę okej, miał potencjał i w gruncie rzeczy to on mnie najbardziej zainteresował. Z kolei jego realizacja mocno mnie zirytowała. Wszystkie książki Bondy są długie. Nie wiem jak z innymi powieściami, ale w tej okazało się to jej piętą ahillesową. Historia została bardzo rozciągnięcia i przez jakieś sto stron ciężko mi było się w nią wbić, wczytać. Za dużo pobocznych wątków i za dużo postaci - wszystko się plącze i ciężko nadążyć za główną myślą autorki. Podejrzewam, że gdyby Bonda nie chciała za dużo, mogłoby być w miarę znośnie. Podstawową formę, nieco okrojoną ze zbędnych rozgałęzień, czytałoby się o niebo swobodniej i przyjemniej.

Nie można z kolei zaprzeczyć, że Bonda bardzo starannie przygotowuje się do swojej pracy i pisanie książek traktuje nie jako hobby czy formę zabawy, ale podchodzi do tego zawodowo. W "Lampionach" można zauważyć, że autorka mocno zgłębiła wiedzę na temat Łodzi. Zachwyciła się miastem podczas jednego ze spotkań z czytelnikami i tak powstał pomysł na osadzenie akcji nowej powieści właśnie tam. Nie przedstawia Łodzi jednoznacznie jako piękną, ale różnorodną. Nie bawi się w nudne, przytłaczające opisy. Pokazuje przekrojowość miasta poprzez inność mieszkańców. Łódź nie jest tylko tłem wydarzeń, ale kolejnym, ważnym bohaterem. Niemal czuć jak zmienia się wraz z rozwojem fabuły. 
Z kolei mam mieszane uczucia co do głównej bohaterki. Niby ciekawa - niepijąca alkoholiczka z dzieckiem, w specyficznej sytuacji uczuciowej, z zacięciem i fajną pracą. Zwyczajna, normalna - to w niej polubiłam. Jednak Sasza nie uzewnętrznia się, bardziej relacjonuje. Jej postać nie została na tyle pogłębiona, że mogłabym się z nią w jakiś sposób utożsamić i to trochę przeszkadza.
Drugim głównym bohaterem jest piroman i to on mnie rzeczywiście zaciekawił. Przez większość książki nie wiedziałam kim jest, ale z każdą stroną poznawałam go bliżej. W myśl zasady " wiesz jak? wiesz kto". Do kolejnych wniosków dochodzi się nie tylko przy pomocy analizy Saszy, ale również rozdziałów jemu poświęconych - czytelnik poznaje jego myśli, kroki, dowiaduje się co go dotyka i w końcu czemu podpala. 
Idąc tym krokiem rozwiązanie sprawy nie jest niczym zaskakującym i zwyczajnie wynika z całości książki. Chociaż można spodziewać się innej niespodzianki, która zapowiada kolejną część. To sprawia, że wiem, że dużym błędem było zaczęcie przygody "od środka". Znacznie łatwiej byłoby mi wdrożyć się w historię znając poprzednie perypetie bohaterki. "Lampiony" czyta się dość trudno jako odrębną, niezależną powieść. Zdarza się, że autorka wspomina o jakichś sytuacjach, ale zupełnie ich nie wyjaśnia nowemu czytelnikowi.
Ciężka do zgryzienia jest też sprawa stylu autorki. Posłużyła się stylizacją językową, która zamiast wprowadzić w odpowiedni klimat - irytuje. Jest przekombinowana na tyle, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy to celowe ironiczne zagranie czy nieudana zagrywka. To nie intryguje tylko wzbudza zażenowanie.

Czy Bonda to królowa polskiego kryminału? Wstrzymałabym się jeszcze z odpowiedzią na to pytanie. Na pewno nie jest nią w tej książce. Nie wyrwała się z ram klasycznego kryminału i niczym mnie nie zszokowała. Jedynie troszkę zmęczyła.


# Starsze pokolenie pisze: Wikingowie. Wilcze dziedzictwo, Radosław Lewandowski

  

Poniższa recenzja miała być napisana już dawno, dawno temu…. Dlaczego tak długo leżała na dnie szuflady? Powodów było kilka, pomijając te osobiste, muszę przyznać, że bardzo długo czytałam “Wikingów. Wilcze dziedzictwo”. Potem równie długo biłam się z myślami i wciąż nie jestem pewna, co o tej pozycji myśleć.

Na początek – topór w głowę. Nie potrafiłam ogarnąć swoim umysłem nazw ani koligacji. Ogólnie mówiąc żargon skandynawski rozłożył mnie na łopatki.  Radosław Lewandowski postanowił, urozmaicić czytanie "Wilczego Dziedzictwa" - trudno tu szukać jednego bohatera. Jest ich kilku i muszę przyznać, że jest to w mojej ocenie trochę irytujące. Gdy zaczynałam nawiązywać jakąkolwiek nić porozumienia z bohaterem to księga się kończyła i zaczynałam od nowa…
Przykładowo pierwsza księga to losy młodego Wikinga Oddiego, który jest synem Asgota z Czerwoną Tarczą. Obaj wraz z kamratami udają się na misję do stormana Håkona Benløsa, któremu chcą zaproponować wspólny najazd na Duńczyków. Oddi, który jest raczej solą w oku niż krwią z krwi ojca, naruszy zasady gościnności, co postawi Asgota w trudnej sytuacji i zmieni los całej misji. Podsumowując to przydługie wprowadzenie, autor funduje nam co kilka stron nowego bohatera, czytamy losy Oddiego i już za chwilę śledzimy losy jego ojca, by potem znowu przeskoczyć na chłopaka. Potem spędzimy chwilę nad losem ich gospodarza tylko po to, aby za sekundę znaleźć się znowu w towarzystwie kogoś innego. Taki ping pong towarzyski.
Autor, nie tylko nie ograniczał ilości bohaterów,  geograficznie również miał rozmach, począwszy od  akcji w Norwegii i drobnych walk z Duńczykami, przenosimy się do Szwecji, aby uczestniczyć z naszymi licznymi bohaterami w wojnie domowej, a po licznych perturbacjach trafić do Hiszpanii czy Ameryki Północnej.

Pomimo, pewnych drażliwych kwestii, o których już wspomniałam,  jest w tej książce coś co mnie na swój sposób urzekło. Język, w jakim Radosław Lewandowski napisał powieść jest tak lekki i frywolny, były momenty gdzie uśmiech nie schodził  mi z twarzy. Od pierwszych stron książki, wręcz namacalnie można poczuć fascynacje Lewandowskiego tematem Skandynawii, wikingów oraz fantastyki i to mnie do niej w ostateczności przekonało, bo uwielbiam ludzi z pasją. Radosław Lewandowski bez dwóch zdań taką pasję ma, możliwe, że niektórzy bedą tą pasją przytłoczeni, ale uważam, że warto podjąć to ryzyko. Chociażby po to, aby poczuć ta energię ludzi, którzy szli na spotkanie śmierci z honorem i uśmiechem na twarzy. Szaleńcza odwaga, żądza władzy, ciekawość świata, gorąca miłość to wszystko składa się na legendę Wikingów. Muszę przyznać, że mimo tego, że książką zainteresowałam się tyko dlatego, że opisem nawiązywała do legendy Thora i mitycznej krainy Asgardu i wielkiego Odyna (jestem ogromną fanką Marvelowskiej wersji tej skandynawskiej legendy) to mimo wszystko, z ogromnym zdziwieniem przyznaje, że książka mi się spodobała i z czystym sumieniem polecam, jako lekturę na długie jesienne wieczory.

#Starsze pokolenie pisze : Pamiętnik z przyszłości, Cecelia Ahern



Z odległej przeszłości pamiętam, że czytałam "PS:Kocham Cię" Cecelii Ahern. Zarówno książka, jak i późniejsza ekranizacja, wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Miałam też przyjemność czytać "Love, Rosie". To by w jakimś stopniu usprawiedliwiało moje rozczarowanie "Pamiętnikiem z przyszłości". Historia młodej Tamary Goodwin na pewno nie jest tym, czego mogłabym się spodziewać po tej autorce.
Wypadałoby jednak, żebym zaczęła od początku, a rozczarowania zostawiła na koniec.

            Tamara od pierwszych stron jest kreowana na rozpieszczoną jedynaczkę. Po samobójstwie ojca, dziewczyna wraz z matką tracą prawie cały dobytek. Bohaterka jest zmuszona do przeprowadzki na wieś do swojego wujostwa. Ten etap książki to niekończące się monologi Tamary. Irytująca retrospekcja utraconego cudownego życia rozkapryszonej córeczki jest przeplatana jedynie narzekaniami na obecną egzystencję. To ponad siedemdziesiąt stron ogromnej nudy bez dialogów. Tamara bardzo mnie męczyła okazywaniem na każdym kroku swojego niezadowolenia. Strasznie ciężko czytało mi się te strony.
            Druga część książki jest zdecydowanie lepsza. Odnosi się wręcz wrażenie jakby stery nad pisaniem książki przejęła zupełnie inna osoba. Momentem zwrotnym jest znalezienie przez Tamarę zamkniętej księgi w objazdowej bibliotece. Zaczyna się akcja i pojawiają się nowe postacie m.in. zabawna siostra Ignacjusz i Wesley. Nowe osoby nadają kolorytu książce. Siostra Ignacjusz wspiera Tamarę w rozwiązaniu tajemnicy związanej z pamiętnikiem. Okazało się bowiem, że główna bohaterka ma w swoich rękach książkę, w której zapisuje się jej przyszłość. Na szczęście-nieszczęście opisuje tylko najbliższą przyszłość. Tamara ma możliwość dowiedzenia się o rzeczach o których w rzeczywistości nie powinna mieć pojęcia. Dzięki tym zapiskom rozwiązuje również wiele tajemnic… Ale nie będę zdradzać całej historii. Szkoda tylko, że mimo całkiem zachęcającej fabuły końcówka okazała się dość banalna.

Narracja jest prowadzona z punktu widzenia nastolatki i ta grupa odbiorców powinna być najbardziej z tej książki zadowolona. Ja niestety nie miałam do niej cierpliwości. To nie tak, że nie da się jej przeczytać, jednakże zwyczajnie oczekiwałam wzruszenia i porywającej akcji. Mimo całej negatywnej opinii, uważam, że Cecelia Ahern tworzy historię, która ma ogromny potencjał, bo kto z nas nie chciałby takiego pamiętnika? Co byście z taką wiedzą zrobili pozostawiam Waszej wyobraźni. Czy zaoszczędziłoby to kłopotów i pozwoliło pozbyć się problemów? Pytanie : co by pozostało? Może nuda i zero niespodzianek…

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu